Andrzej Noga zginął 6 października po zmroku, gdy BMW XM uderzyło w tył Toyoty na S10 pod Kobylanką. Jego żona Mariola trafiła do szpitala z ciężkimi obrażeniami.
Samochód poruszał się z prędkością bliską 271 km/h. Noga miał 67 lat i przez niemal 50 lat pracował w miejscowym pogotowiu jako kierowca i ratownik medyczny.
Andrzej Noga na S10
Para wracała ze Szczecina do Drawska. Po przejściu na emeryturę Noga nadal kilka razy w miesiącu prowadził ambulans i przewoził pacjentów między szpitalami, a miał dwoje dzieci oraz pięcioro wnuków. Zestawienie tej drogi powrotnej z prędkością BMW pokazuje skalę zdarzenia lepiej niż sam opis zderzenia.
W innym materiale o śmierci Ewy Wajnert redakcje opisują też, jak śmierć porządkuje ostatnie słowa świadków i bliskich. Tu podobny ciężar bierze na siebie rodzina Nogi, która została z wypadku z życiem, ale nie bez skutków.
Adrian K. po kolizji
Kierowca BMW, Adrian K., oddalił się z miejsca wypadku. Policja zatrzymała go w ciągu niespełna godziny i doprowadziła do Komendy Powiatowej Policji w Stargardzie.
Adrian K. ma 43 lata, mieszka w Stargardzie i zawodowo jest spawaczem. Pracuje w Danii, opiekuje się nastoletnim synem i własnymi siłami buduje dom, ale te dane nie zmieniają faktu, że w tej sprawie najważniejsze są manewr, prędkość i skutki zderzenia.
Marcin P. i prokuratura
Na miejscu pozostał Marcin P., właściciel BMW i pasażer auta. Badanie wykazało u niego ponad dwa promile alkoholu w wydychanym powietrzu, a prokuratura wskazała, że miał nagrywać przejazd telefonem i zachęcać kierowcę do dalszego zwiększania prędkości.
Milena, znajoma Adriana K., powiedziała o zachowaniu podczas przejazdu, że „mogło wynikać z presji wywieranej przez pasażera”. Marcin P. zaprzeczył, by odpowiadał za zdarzenie, i twierdził, że „nie prowadził samochodu”.
Po śmierci Jana Frycza i w innych sprawach kończących się zgonem rodziny zwykle szukają prostych odpowiedzi. Tu prokuratura bada przede wszystkim, jak nagranie, zachęcanie do szybszej jazdy i status pasażera mają się do odpowiedzialności Adriana K. i Marcina P.
Prokurator Julia Szozda poinformowała, że od stycznia obowiązują zmienione przepisy Kodeksu karnego. Za spowodowanie wypadku wskutek wyjątkowo niebezpiecznej jazdy może grozić nawet do 10 lat więzienia, a w takiej sytuacji podejrzanym może grozić od 5 do 20 lat pozbawienia wolności.
Dla tej sprawy najważniejsze pozostaje to, czy śledczy uznają samą prędkość za główny punkt ciężkości, czy też dołączą do niego zachowanie pasażera i jego udział w podtrzymywaniu ryzykownej jazdy. Odpowiedź na to pytanie wyznaczy dalszy los postępowania wobec Adriana K. i Marcina P.







